Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą tylko rock

Ojcowie „Tylko/Teraz Rocka”

We wrześniu minęło 31 lat istnienia „Tylko/Teraz Rocka”. Cieszy mnie, że pismo trzyma poziom, zachowuje swój charakter mimo zmian w gronie autorów. Jest ciekawe. Także ucieszyła mnie informacja, że od kilku miesięcy tytuł ma dofinansowanie ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jest to jakiś dowód, że coraz dalej jesteśmy od czasów, gdy rock odgórnie traktowany był jako „muzyka niepoważna”. No i na trudnym prasowym rynku ułatwi to sytuację pisma, można być pewnym, że dotrwa do jubileuszu czterdziestolecia. Jednak chciałbym się skupić na innym temacie, związanym z miesięcznikiem.     

Keith Emerson u nas. Część 2: Myślę, że nie zawiedliśmy.

W jego hotelowym pokoju, w którym rozmawialiśmy, trochę było naturalnego nieładu. Łóżko zasłane niezbyt starannie, na stoliku leżała mała klawiatura w rozpiętym futerale, przy łóżku na podłodze – książka. Wtedy - niedawno wydane wspomnienia aktorki Mii Farrow, What Falls Away . Nie zapytałem go, dlaczego sięgnął po tę książkę i w ogóle – o lektury, które preferował. I tak rozmawialiśmy długo jak na spotkanie dziennikarza z legendarnym rockmanem, sporo ponad pół godziny, a tematów muzycznych było aż nadto. Poniżej dalszy ciąg wiernego zapisu mojego wywiadu z Keithem Emersonem, z czerwca 1997 roku, w dniu koncertu Emerson Lake & Palmer w Katowicach.

Keith Emerson u nas. Część 1: Bywałem w jakimś stopniu apodyktyczny.

Gdyby żył, w początku minionego miesiąca obchodziłby   siedemdziesiąte siódme urodziny. Gdyby żył… Odszedł śmiercią samobójczą, zastrzelił się w nocy z 10 na 11 marca 2016 roku, w swoim amerykańskim domu w Santa Monica w Kalifornii. Również dla mnie ta wiadomość była wstrząsająca. Miałem okazję poznać go osobiście, rozmawiać z nim, przeprowadzić duży wywiad dla „Tylko Rocka”, i zrobił na mnie wrażenie kogoś mocnego, wiedzącego dokładnie, czego chce od życia. Ale być może właśnie to spowodowało jego odejście: kiedy mocny człowiek nie może już być sobą, potrafi zdecydować, aby postąpić tak przeraźliwie mocno. Wykonać ruch z tych ostatecznych. Podobno miał wtedy depresję. Jak podawały media spowodowała to u niego, klawiszowego wirtuoza (prawdopodobnie najwybitniejszego pianisty, jaki w minionym wieku udzielał się na obszarze rocka), choroba zwyrodnieniowa prawej ręki. Operacja z 2010 roku nie poprawiła sytuacji. A nie chciał zawieść fanów podczas koncertów. Miał już 71 lat, lecz najwy...

Coś niesamowitego. Rozmowa z Robertem Szymańskim.

Z Robertem Szymańskim znam się już bardzo długo. Jako redagujący dział polski „Tylko/Teraz Rocka”, kiedyś namówiłem go do pisania dla miesięcznika.   Przez szereg lat należał do grona muzyków-felietonistów pisma.  A z myślą o moim blogu, z  szefem Sexbomby, charyzmatycznym frontmanem, wokalistą, autorem tekstów i współautorem muzyki tej grupy o potężnym dorobku, rozmawiałem w połowie kwietnia. Zasadniczo powodem było ukazanie się okolicznościowego albumu  Sexbomby, na jej 35-lecie,  XXXV, którego jeden z dwóch dysków może zaskakiwać zawartością. Niezła gratka.  Ale zaczęliśmy tę rozmowę od innego aktualnego tematu…

Spotkania z Romualdem Lipko. Część druga

1.POCIĄGA NAS FORMA ORATORIUM  Pierwszy raz rozmawiałem z Romualdem Lipko w październiku 1974 roku, po pierwszym koncercie Budki Suflera w warszawskiej Stodole. Zespół zawitał tam w podstawowym składzie poszerzonym o Marka Stefankiewicza, który grał na dziwnie brzmiącym, podrasowanym pianinie (była to już Budka z zadziorną gitarą Andrzeja Ziółkowskiego w całej krasie i jeszcze z bębnami Zbigniewa Zielińskiego). Budkę wspierały też dwie „grupy przyjaciół”: żeński chórek i sekcja instrumentów smyczkowych.

Spotkania z Romualdem Lipko. Część pierwsza

1.W OBECNYCH WARUNKACH Ten mój wywiad z Romualdem Lipko ukazał się latem 2002 roku na łamach „Tylko Rocka”. To była nasza kolejna, ale – jak się miało okazać –   najdłuższa rozmowa. Trwała blisko dwie godziny,   zaś Lipko, którego z osobistych, dziennikarskich kontaktów znałem już wtedy blisko   trzydzieści lat, w pewnym momencie zaproponował mi przejście na „ty”. A gdy się żegnaliśmy, zażartował z pierwszych siwych włosów w mojej brodzie. Przedtem zaś objawił mi się, tak   jak podczas każdego z naszych wcześniejszych spotkań: jako sympatyczny, uśmiechnięty rozmówca.

Równie ważne

1. To była późna wiosna 1971 roku. Słoneczny dzień za oknem, ja w liceum (byłem wtedy uczniem trzeciej klasy). Okazało się, że nie odbędzie się któraś z lekcji i jeden z kolegów wykorzystał okazję, włączył magnetofon, bo chciał się pochwalić nowymi nagraniami (mieszkał bardzo blisko szkoły i przyniesienie swojego ZK-ileśtam nie było dla niego problemem). Wtedy właśnie usłyszałem coś dla mnie nowego, coś, co mnie zauroczyło. Mnie - już wtedy zafascynowanego rockiem, choć lubiącego również soul i jazz.

Boskie Buenos

Po raz pierwszy rozmawiałem z Korą w październiku 1978 roku, po świetnym, intrygującym koncercie Maanamu w galerii warszawskiego Teatru Studio. Wtedy jeszcze – koncercie akustycznym składu Jackowski-Kora-Porter. Ale już było krzyczane-szeptane Stoję, stoję, stoję… Kora już zaczynała być tą niesamowitą wokalistką, jej spółka autorska z Markiem Jackowskim już startowała…  

Za mało

Zawsze, gdy Robert Brylewski   dorzucił coś istotnego do swych rockowych dokonań, znajdowało to odzwierciedlenie na łamach naszego pisma. I w czasach „Tylko Rocka”, i „Teraz Rocka” kibicowaliśmy mu, bo jako artysta nie obniżał lotów, mimo różnych życiowych perturbacji. Był   jednym z tych, którzy torowali w Polsce drogę punk rockowi u schyłku lat 70. (i dość swoiście go pojmował). Był jednym z tych zawsze niezależnych artystów. Był jednym z tych, bez których po prostu trudno było sobie wyobrazić krajowy rock. Był jednym z jego bohaterów i jedną z jego ikon. Jedyny w swoim rodzaju gitarzysta-kompozytor, tekściarz, realizator nagrań.

Nawet lepsi

Na okładce Steven Wilson, bo w środku numeru mamy obszerny wywiad z tym neoprogrockowym mistrzem, autorstwa naszego współpracownika, Jacka Nizinkiewicza. Na koniec rozmowy Wilson chwali polską publiczność. Mówi: Wciąż chcę tu wracać. Włochy i Polska to moje dwa ulubione przystanki na mapie świata .  Steven Wilson lubi też   Marillion, a muzycy tej grupy cenią jego gust i producenckie kompetencje – niedawne wznowienie deluxe Brave zawiera także ów album w jego miksie. Już pozostanę przy Marillionie.

Coś ze mnie

Przyznam, że niemile zdziwiło mnie, gdy jeden z autorów polskiego „Metal Hammera” zaczął publikować bloki swych recenzji płytowych pod nagłówkiem Przesłuchanie. Akurat tak się składa, że ów nagłówek do prasy wprowadziłem już w pierwszym numerze „Tylko Rocka”, w 1991 roku. I pod tym nagłówkiem ukazywały się przez przeszło dekadę istnienia tego pisma, jak też ukazują się od 2004 roku na łamach „ Teraz Rocka ”, rezultaty moich rozmów z krajowymi muzykami rockowymi (choć był i Ray Manzarek). Rozmów o ważnych dla nich nagraniach i płytach (dodam, że zasadniczo tu chodzi o te zrealizowane przez innych artystów).

Płyta z Cedetu

Jadę tramwajem Alejami Jerozolimskimi i widzę: jeden z najbardziej charakterystycznych budynków Warszawy z pierwszej powojennej dekady już nie zasłonięty rusztowaniami. Wygląda niemal dokładnie tak, jak kiedyś. A jeszcze nie tak dawno na rogu Jerozolimskich i Brackiej tylko stał wypatroszony szkielet i można było się obawiać, czy obietnica odtworzenia tego efektownego, kilkupiętrowego „pudełka” o zaokrąglonych narożnikach i bardzo przeszklonych ścianach, zostanie dotrzymana. Czyli Cedet wrócił. „Cedet” -   tak zwykle nazywany był przez warszawiaków ten budynek , pod taką nazwa poznałem go w dzieciństwie. Cedet - od Centralny Dom Towarowy. Potem był to Centralny Dom Dziecka, dom towarowy z rzeczami dla najmłodszych, a w końcu - niemal to   samo, ale pod inną nazwą:   dom towarowy Smyk. A następnie zaczął się „remont”, który robił takie wrażenie, jakby Cedet miał zostać zburzony…

Trzy zaproszenia

Nigdy nie myślałem, że będę miał okazje porozmawiać – i to ze trzy kwadranse - z ojcem Roberta „Litzy” Friedricha. Na dodatek: na rozmaite tematy,   od samochodów po sport.   Porozmawiać jak z dobrym znajomym , choć wcześniej   tego sympatycznego pana po siedemdziesiątce w ogóle   nie znałem. A działo się to 7 października,   na zapleczu poznańskiej hali Arena podczas LuxFestu.

Poprawnie sformułowane

W rubryce You Really Got Me, z nowego, październikowego „ Teraz Rocka ”, wystąpił Janusz Panasewicz. Rozmawiałem z nim o cudzych utworach, które wybrałem i puściłem mu (zgodnie z zasadami wspomnianej rubryki).

Robert

Odszedł Robert Sankowski. Bardzo go będzie brakować i jako kolegi, i jako kogoś, kto zdecydowanie wyróżniał się w dziedzinie, której się poświęcił. Pozostawił po sobie mnóstwo publikacji, ale na ile może być to pociechą? Szczególnie dla tych, którzy go znali osobiście…

Ostatnie pytanie

Mój znajomy, wiele ode mnie młodszy, rocznik 1980, ale świetnie zorientowany w muzyce rockowej i jej historii, ostatnio przyznał mi się, że nigdy nie słuchał Arthura Browna. Stało się to wtedy, gdy zobaczył u mnie, leżącą obok odtwarzacza, płytę   tego brytyjskiego wokalisty. A konkretnie: The Crazy World Of Arthur Brown, gdzie muzyk zabłysnął   swą demoniczną wersją soulowo podbarwionej   rockowej psychodelii.

Walker i Ozzy

Pod koniec lat 70., – jako jeden z etatowych pracowników miesięcznika „Jazz. Magazyn Muzyczny” – w ówczesnych, nadal dość siermiężnych   warunkach PRL-u byłem w o tyle szczęśliwej sytuacji, że miałem dostęp do takich informacji ze świata, które ciekawiły mnie wyjątkowo. Otóż redakcja miała załatwioną prenumeratę anglosaskiej prasy muzycznej. Do „Jazzu” regularnie docierał brytyjski tygodnik „Melody Maker”, dzięki czemu byliśmy właściwie na bieżąco, jeśli chodzi o to, co działo się w anglosaskim   rocku. Pamiętam, jesienią 1978 roku zwrócił moją uwagę anons reklamowy nowego albumu Black Sabbath, Never Say Die! . 

Kochamy rock

Ostatnio widziałem się z Markiem Surzynem. Perkusistą „od zawsze” kojarzącym się z rodzimym jazzrockowym kręgiem, ale też mającym na swoim koncie szereg lat współpracy z Tadeuszem Nalepą (również w Breakoucie). Podarował mi przegrany na DVD z VHS zapis programu telewizyjnego z 1991 roku, zrealizowanego przez Jacka Wrońskiego przy okazji imprezy, która odbyła się w warszawskich Hybrydach. Imprezy dla mnie szczególnej i wyjątkowo pamiętnej, jako dla współzałożyciela miesięcznika „Tylko Rock” (obecny „Teraz Rock” jest po prostu jego kontynuacją).

Tylko rok?

Gdy wymyślaliśmy tytuł rockowego miesięcznika, czasopisma, które  postanowiliśmy stworzyć, byliśmy pewni, że musi to być coś zadziornego, robiącego zdecydowane wrażenie, jakaś deklaracja - koniecznie ze słowem ”rock” . I coś, co ani trochę nie przypominałoby  innego, już wykorzystywanego tytułu. Dziesięć lat wcześniej, w czasach, gdy pisywałem w „Jazzie” o muzyce młodzieżowej, zatytułowałem swój artykuł o Romualdzie Lipko – „Nie tylko rock”. No i przypomniałem to sobie, i skróciłem. Tak pojawił się „Tylko Rock” . Tytuł od razu spodobał się mojemu przyjacielowi, Wiesławowi Weissowi, z którym wspólnie przygotowałem koncepcję pisma, organizowałem zespół współpracowników, podzieliłem się kierowniczo-redaktorskimi obowiązkami.  I zostaliśmy z „Tylko Rockiem”, aż do momentu, gdy po kilkunastu latach, wraz ze zmianą wydawcy, która zresztą okazała się wyjątkowo fortunna, musiał trochę zmienić się tytuł, na „ Teraz Rock ”...